Swego czasu, na jednej z uczelni wyższych, pracował pewien profesor, który szczycił się tym, że wyjątkowo dokładnie rysował okręgi na tablicy i to bez pomocy jakichkolwiek przyrządów czy też instrumentów: po prostu brał kredę, buch i okrąg gotowy, buch i już jest drugi, a jak chciał się swoimi umiejętnościami pochwalić, to już po chwili na tablicy znajdowała się cała rodzina okręgów. Jedyną rzeczą, z którą miał nieco problemów było narysowanie dwóch okręgów o tym samym promieniu, lecz nie zrażał się tym. Był dumny ze swoich zdolności.
Pewnego dnia, na jednym ze swoich wykładów, wspomniał o posiadanej umiejętności kreślenia kół. Niestety (jak to się, w związku z dalszym tokiem wydarzeń, okaże) na sali był pewien student, który aż nadto nie zachwycił się pokazami nauczyciela i stwierdził, że zna osobę, która jeszcze lepiej będzie rysowała okręgi. Profesor zaskoczony zaproponował, aby osoba ta została przyprowadzona do niego i osobiście zaprezentowała swoje umiejętności. I tak też się stało.
Student przyprowadził jegomościa, o którym wcześniej opowiadał, jako lepszego w rysowaniu okręgów, a ten podszedł do tablicy, chwycił kawałek leżącej kredy i po chwili oczom widzów ukazało się kilka pięknych kół. Każde jakby od super-precyzyjnego cyrkla wykonane i każde o dokładnie tej samej średnicy. Profesorowi aż oczy z orbit wyszły z podziwu.
— Jak to się dzieje, że tak dokładnie pan potrafi rysować okręgi? — zapytał
— To z powodu wykonywanego przeze mnie zawodu: kilkadziesiąt lat kręcenia ręką robi swoje.
— Ale kim pan jest?
— Kataryniarzem…