(Nie)stałość praw naukowych, twierdzeń i poglądów

Mówi się, że żadnej teorii naukowej nie można być w 100% pewnym, bo wystarczy jeden przypadek, aby tę teorię obalić. Co pewien czas pojawiają się nowe prawa, twierdzenia i poglądy – jako te lepiej opisujące otaczającą nas rzeczywistość, a inne giną – bo zawierają błędy, niedociągnięcia i nieścisłości. Jest to proces naturalny, ciągły i nieskończony. A za przykład niech posłuży następująca anegdota:

Einstein po przeprowadzonym egzaminie poprawkowym dla studentów fizyki wracał wraz z asystentem do biura, gdy ten zapytał go:

— Profesorze, czy to przypadkiem nie były to te same pytania jakie zadał pan w poprzedniej sesji egzaminacyjnej?

— Tak, to były te same pytania — odpowiedział Einstein.

— Ależ profesorze, jak mógł pan zadać takie same pytania tej samej grupie studentów?

— Cóż, odpowiedzi się zmieniły…

Ekspert

Niels Bohr powiedział kiedyś:

Ekspert, to ktoś, kto ma coraz większą wiedzę w coraz mniejszym zakresie, aż wreszcie wie absolutnie wszystko o niczym

Pamiętajmy o tym i rozwijajmy nasze umiejętności i wiedzę wszechstronnie.

Doktorat niechcący

Niektórzy pracują na doktorat latami. Zdarza się jednak czasami, że tytuł “doktora” otrzymuje się niechcący. Oto dwaj matematycy, którym to się udało:

1.

Stefan Banach nie znosił dostosowywać się do formalnych procedur akademickich, więc gdy zarzucono mu, że będąc znany na całym świecie ze swoich osiągnięć naukowych nie ma doktoratu, to zaproponowano mu zdawanie egzaminu — Banach jednak odmówił. Więc jego koledzy wymyślili podstęp. Na samą pracę doktorską wzięli niepublikowaną publikację Banacha, a egzamin… Banach  był entuzjastą dyskusji naukowych, w związku z tym, jak usłyszał, że jest grupa osób, która chce przedyskutować z nim szereg problemów, niesłychanie się zapalił. Po przybyciu na spotkanie z tą grupą z zapałem odpowiadał na wszystkie pytania i bardzo był zdziwiony, gdy następnego dnia się dowiedział, że właśnie zdał egzamin doktorski.

2.

George Dantzig uczęszczał na wykłady ze statystyki prowadzone przez  Jerzego Spława-Neymana. Wykłady zaczynały się bardzo rano, a Dantzig lubił spać, dlatego przychodził po wykładzie żeby spisać zadania do zrobienia w domu. Zadania miały być oddane przed następnym wykładem. Jednego razu zadania były wyjątkowo trudne, więc Dantzig spóźnił się o parę dni i bał się, że Neyman będzie mu robił wstręty. Ale była cisza. Pod koniec semestru ktoś zaczął się dobijać do jego drzwi o 6 rano. Był to Neyman, bardzo podniecony, z kartkami zapisanymi przez Dantziga. Okazało się, że problemy zostawione na tablicy to były problemy dotychczas nierozwiązane. Kazał Dantzigowi przepisać kartki na czysto, włożyć w okładki i obronić jako doktorat.

Użyte przez pomyłkę

Wśród naukowców często zdarzało się, że któryś z nich użył tej, czy innej rzeczy przez pomyłkę, do niewłaściwego celu. A to przez zamyślenie, a to przez roztargnienie, a to przez jeszcze inne czynniki. Przypadków takich jest cała, niekończąca się lista, a każdy kto jest naukowcem lub z naukowcami ma styczność przytoczyć mógłby kolejne.

1.

W drodze na wykład André Ampére znalazł na drodze ciekawy mały kamyk i z zainteresowaniem przyglądał się jego fakturze. W pewnej chwili w nagłym przebłysku przypomniał sobie, że przecież śpieszy się na wykład. Wyciągnął zegarek i oceniwszy, że zostało mu bardzo niewiele czasu, zdecydowanie przyśpieszył kroku. Jednocześnie ostrożnie ułożył kamyk w kieszeni, a zegarek wyrzucił przez barierkę wprost do Sekwany.

2.

W czasie wykładu pewnemu naukowcowi przeprowadzającemu na tablicy żmudne obliczenia wpadł do nosa pył od kredy. Chcąc oczyścić nos wyjął z kieszeni marynarki jedwabną chusteczkę. Pomimo trudności natury fizjologicznej nie przestawał rozważać nad wzorami i liczbami na tablicy. Trzymając w jednej ręce chusteczkę, a drugiej szmatkę – wycierak do tablicy, użył ich obu. Tylko, że w zamyśleniu tablicę wytarł swoją chusteczką, a nos…

3.

Gdy jednego razu Niels Bohr wykładał na konferencji o zawiłościach budowy bomby atomowej wszyscy byli sfrustrowani. Bohr mówił jak zwykle mało zrozumiale, urywanymi zdaniami, mieszaniną duńskiego, niemieckiego i angielskiego. Prawą ręką trzymał kredę, którą pisał na tablicy a w lewej gąbkę, którą niemal natychmiast ścierał. W pewnej chwili jeden z naukowców krzyknął: “Bohr proszę oddaj gąbkę” – i dalej wzory pozostawały na tablicy.

4.

Niels Bohr był nałogowym fajczarzem. Charakterystyczne dla Bohra było to, że miał nieustanne kłopoty z “uruchomieniem” swej fajki. Kiedy bowiem zapalił już zapałkę i zbliżał do cybucha, by rozżarzyć tytoń, przychodziła mu do głowy jakaś nowa idea, którą chciał się natychmiast podzielić z rozmówcą. Zastygał więc z palącą się zapałką w ręku, aż zgasła lub zaczynała go parzyć w rękę. Brał więc nową zapałkę i zabawa zaczynała się od nowa. Świadomi tych kłopotów, współpracownicy Bohra przy każdej okazji obdarowywali go największymi pudełkami zapałek, których mu stale brakowało, bo zużywał ich tysiące.

Promienie prześlij pocztą, proszę

Wilhelmowi Roentgenowi, wybitnemu fizykowi, odkrywcy słynnych promieni X zwanych promieniami Roentgena, przytrafiła się niezwykła historia. Jego odkryciem interesował się nie tylko świat nauki i medycyny lecz także przeciętni obywatele. Naukowiec otrzymał pewnego razu list, w którym mężczyzna  poprosił go o przesłanie pocztą kilku promieni X wraz z instrukcją ich użycia. Wilhelm Roentgen odpisał mu:

“W tej chwili niestety nie posiadamy promieni. Pragnę jednakże zauważyć, że ich wysyłka jest bardzo skomplikowana. Zatem zdecydowanie łatwiej byłoby Panu przysłać mi swoją klatkę piersiową.”

Najbardziej skomplikowany model lodówki

Na wykładach fizyki teoretycznej pewnemu Profesorowi pomyliły się semestry i zamiast tematów z mechaniki kwantowej zrobił fizykę statystyczną. Ponieważ na tą pierwszą było przeznaczone więcej godzin, to od połowy semestru Profesor, nie mając, co robić, wymyślał co i raz zawikłane tematy. Między innymi przez 6 godzin wyprowadzał równania modelu Isinga. Na koniec, kiedy już wszyscy dokładnie przestali rozumieć cokolwiek, Profesor popatrzył na tablicę upstrzoną tasiemcowymi równaniami i powiedział:

— Wiecie Państwo mnie to się wydaje, że na tej zasadzie to działa lodówka.

Do dziś nie wiadomo czy robił sobie jaja czy tak na poważnie mówił?

Koła kataryniarza

Swego czasu, na jednej z uczelni wyższych, pracował pewien profesor, który szczycił się tym, że wyjątkowo dokładnie rysował okręgi na tablicy i to bez pomocy jakichkolwiek przyrządów czy też instrumentów: po prostu brał kredę, buch i okrąg gotowy, buch i już jest drugi, a jak chciał się swoimi umiejętnościami pochwalić, to już po chwili na tablicy znajdowała się cała rodzina okręgów. Jedyną rzeczą, z którą miał nieco problemów było narysowanie dwóch okręgów o tym samym promieniu, lecz nie zrażał się tym. Był dumny ze swoich zdolności.

Pewnego dnia, na jednym ze swoich wykładów, wspomniał o posiadanej umiejętności kreślenia kół. Niestety (jak to się, w związku z dalszym tokiem wydarzeń, okaże) na sali był pewien student, który aż nadto nie zachwycił się pokazami nauczyciela i stwierdził, że zna osobę, która jeszcze lepiej będzie rysowała okręgi. Profesor zaskoczony zaproponował, aby osoba ta została przyprowadzona do niego i osobiście zaprezentowała swoje umiejętności. I tak też się stało.

Student przyprowadził jegomościa, o którym wcześniej opowiadał, jako lepszego w rysowaniu okręgów, a ten podszedł do tablicy, chwycił kawałek leżącej kredy i po chwili oczom widzów ukazało się kilka pięknych kół. Każde jakby od super-precyzyjnego cyrkla wykonane i każde o dokładnie tej samej średnicy. Profesorowi aż oczy z orbit wyszły z podziwu.

— Jak to się dzieje, że tak dokładnie pan potrafi rysować okręgi? — zapytał

— To z powodu wykonywanego przeze mnie zawodu: kilkadziesiąt lat kręcenia ręką robi swoje.

— Ale kim pan jest?

— Kataryniarzem…

Einstein

Zapytano pewnego razu Einsteina, w jaki sposób pojawiają się odkrycia, które przeobrażają świat. Wielki fizyk odpowiedział:

— Bardzo prosto. Wszyscy wiedzą, że czegoś zrobić nie można. Ale przypadkowo znajduje się jakiś nieuk, który tego nie wie. I on właśnie robi odkrycie.

Trywialny dowód

Swego czasu pewien wykładowca, bodajże pan Feynman, napisał książkę – podręcznik do fizyki dla studentów – w której przedstawił pewien temat, wraz z różnymi przykładami i wyliczeniami. Nieco później na jednym ze swoich wykładów rozwiązywał zadanie z materiału, który jak pamiętał opracował w swojej książce. Niestety, po zapisaniu wielu linijek wzorów i kilkakrotnym ścieraniu tablicy, zorientował się, że gdzieś popełnił błąd i wynik nie zgadzał się z teorią. Aby nie marnować czasu na powtórne wyliczenia, postanowił od razu podać prawidłową odpowiedź.

— Czy ktoś z państwa — zwrócił się do studentów — nie ma przypadkiem mojej książki?

— Ja mam — odparł jeden ze słuchaczy.

— Może Pan tam sprawdzić jak rozwiązałem ten problem, bo coś mi nie wychodzi?

Student zaczął szukać, a gdy znalazł zwrócił się do Profesora:

— Znalazłem

— I co tam jest napisane na ten temat

— Tutaj jest napisane, że… dowód jest trywialny, Panie Profesorze

W drugą stronę jest trywialne

Pewien profesor matematyki na początku dwugodzinnego wykładu wypowiedział twierdzenie mające postać równoważności, po czym przez prawie dwie godziny pracowicie dowodził go w jedną stronę. Udowodnił. Na pół minuty przed końcem wykładu spojrzał na tablicę i stwierdził:

— A w drugą stronę to jest trywialne

Dobra – słuchacze byli już tak zmęczeni dwugodzinnym dowodem, że uwierzyli na słowo.

Przed egzaminem nikt jakoś owej trywialności dostrzec nie mógł, nikt też nie miał śmiałości zapytać profesora. Trudno, poszli na egzamin nie znając dowodu w druga stronę. Jeden z pierwszych egzaminowanych studentów został poproszony o wypowiedzenie i przedstawienie szkicu dowodu tego właśnie twierdzenia. Wypowiedział, przedstawił szkic w jedną stronę i rzekł:

— A w drugą stronę to jest trywialne

Profesor zamilkł i zamarł w bezruchu. Trwał tak kilka minut po czym powiedział:

— Ma pan rację, to jest trywialne. Bardzo dobrze.