W pewnej szkole pracowało dwóch profesorów. Byli oni bliźniakami, a co za tym idzie – byli bardzo do siebie podobni. Nauczali oni różnych przedmiotów i w różnych salach na dwóch piętrach.
Pewnego razu zdarzyło się tak, że obydwaj uczyli jedną, tą samą uczennicę, która miała na koniec semestru zaliczać jeden z przedmiotów, u jednego z braci.
Przychodzi ona w umówionym wcześniej dniu i przez pomyłkę wchodzi do złej sali. Widząc znajomą twarz (i nie rozpoznając, że to jest brat bliźniak) zwraca się do profesora:
— Dzień dobry. Miałam zaliczać dzisiaj semestr.
Profesor sięgnął do akt i stwierdził:
— Ale ma Pani zaliczone. Nie musi Pani odpowiadać.
— Ale jak to? Ja się uczyłam trzy dni!
— Ma Pani zaliczone. Nie musi Pani odpowiadać — powtórzył egzaminator.
— No cóż… — odrzekła ze zdziwieniem studentka i wyszła z sali.
Idąc ku wyjściu spotkała drugiego z braci, u którego tak właściwie miała zdawać.
— Spóźniła się Pani. Kwadrans akademicki już minął. Miała przecież Pani dzisiaj zaliczać semestr.
— Ale przed chwilą się widzieliśmy i powiedział Pan Profesor, ze już zaliczyłam.
— To niemożliwe!
W tym momencie studentka niewytrzymała i wybuchła płaczem, a przez łzy zaczęła się skarżyć, że jak tak można oszukiwać ucznia, który kilka dni się uczył i chce sobie poprawić ocenę, i że dzisiaj to ona już nie jest w stanie odpowiadać.
— Widocznie spotkała się Pani z bratem. Już wszystko rozumiem!
— Ale ja nie mam brata! — odpowiedziała ze zdziwieniem uczennica.